RSS
środa, 09 maja 2012
Spełnianie się marzeń

Zaskakujące. Dziś weszłam przypadkiem na własnego bloga błądząc po starych mailach do ludzi, o których już dawno powinnam zapomnieć (ten fakt jest kolejnym potwierdzeniem zbliżających się egzaminów).

To niesamowite, że od ostatniego wpisu minęło 2 lata. A ja .... od ponad pół roku znów jestem w Paryżu ;) Moje marzenia się spełniły. Z perspektywy osoby, która doświadczyła tego szczęścia, radzę wam bardzo precyzyjnie formułować marzenia. Bo w życiu, jak w sądzie, brak precyzji może zostać wykorzystany przeciwko wam.

18:46, katiasar
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 października 2010
Nieśmiały powrót

Zastanawiam się jak to możliwe, że nastrój i postrzeganie życia może zmienić się tak nagle. Wystarczyło kilka chwil rozmowy, przejrzenie paru stron i nagle stanęły znów przede mną otwarte wrota nieograniczonych możliwości. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że wszystkie moje plany są już dawno odstawione na półkę, a moje życie już się nie zmieni w zasadniczych punktach.  

A tutaj tak nagle odżywa we mnie nadzieja....

Jak się ziści, to za kilka miesięcy będzie Bagietka Comes Back.

13:02, katiasar
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 stycznia 2009
Mój dzisiejszy sen

Potrzebowałam sukienki. Weszłam do sklepu wypełnionego wszelkiego rodzaju sukniami i kreacjami. Pomieszczenie było jasne, dobrze oświetlone i choć spore nie przytłaczało swoją wielkością. Ekspedientki dyskretnie obserwowały kilka pozostałych klientek. W tle leciała delikatna muzyka.

Tuż po wejściu zauważyłam ją. Od razu mi się spodobała. Z premedytacją jednak nie zatrzymałam się przy niej myśląc, że wybór jest tak duży, że zaraz znajdę coś co przyćmi to pierwsze, dobre wrażenie. Miałam rację. Wybór był przeogromny. Sukienki eleganckie i frywolne, czarne i kolorowe, na każdą figurę, porę roku i okazję. Mogłam wybrać tylko jedną.

Od razu zaczęłam przymierzać a jedna z ekspedientek donosiła mi coraz to nowe kreacje. W każdej wyglądałam inaczej i inaczej się czułam. Przymierzając automatycznie zmieniał mi się makijaż i fryzura. W duchu podobałam się sobie ale na żadną nie mogłam się zdecydować. Wciąż nie mogłam się pozbyć chęci przymierzenia tej, na którą zwróciłam uwagę jako pierwszą.

W końcu, nieco znudzona całym tym cyrkiem, boso i nie do końca ubrana wyszłam z przymierzalni w poszukiwaniu tej pierwszej. Ze zdziwieniem odkryłam, że nie było jej na dawnym miejscu. Z lekką paniką przeszukiwałam wieszak po wieszaku, nie zważając na pozostałe, otaczające mnie rzeczy. Coraz silniej czułam, że muszę mieć właśnie tamtą sukienkę.

Po chwili znalazłam ją i od razu założyłam. Ze zdziwieniem jednak odkryłam, że czar nie zadziałał. Stałam lekko potargana i bez makijażu a ekspedientka przyniosła nawet specjalne „normalne” lustro, które podkreślało chyba wszelkie wady mojej sylwetki. Nie wyglądałam przepięknie ale w żadnej z wcześniej przymierzanych rzeczy nie wyglądałam prawdziwiej i nie czułam się lepiej. Może nie byłam tzw. "dobrze zrobioną" kobietą ale skoro mogłam wybrać tylko jedną sukienkę to chciałam mieć tą, w której się nie męczyłam.

Nagle wokół mnie znalazł się chyba cały personel sklepu i wszystkie klientki. Zaczęły krytykować mój wygląd i odradzać mi wybraną przeze mnie sukienkę. W końcu widząc, że nie zrezygnuje, po prostu powiedziano mi ona nie jest na sprzedaż i jej nie dostane. Nie miałam nawet szans na dyskusję, bo niespodziewanie znalazłam się na ulicy ubrana tak jak weszłam do sklepu. W tym momencie obudziłam się.

Nadal chcę mieć tę sukienkę. Po prostu się uparłam, "na dobre, na niedobre i na litość boską".

15:20, katiasar
Link Komentarze (4) »
niedziela, 14 grudnia 2008
I co zrobić?
Nigdy nie spędzałam sylwestra w Paryżu. A tu zaproszenia napływają. Ja w sumie bez planów oprócz tego że w ten dzień pracuję oraz mogę upić się do nieprzytomności w całkiem ciekawym towarzystwie. 
Mhm, a tam...Oświetlone pola i salsa w piątek aż do samego rana (chyba by mnie znieśli z parkietu). I początek przecen (choć i tak jak kupię bilet to będzie mnie stać najwyżej na pastę do zębów).
Ależ ja bym tam chciała pojechać.
Tylko jak przekonać szefa że w ten dzień (i w piątek też) moja obecność w biurze jest absolutnie niepotrzebna. Macie jakieś pomysły?
21:57, katiasar
Link Komentarze (5) »
sobota, 29 listopada 2008
Po kilku miesiącach milczenia, pisze. Jestem w Polsce. Nie wyjechałam do Francji. W między czasie nie zdarzyło się nic co by mnie zaskoczylo. Nie oznacza to, że nie zdarzyło się nic. Przez ten czas prawie tu nie zaglądałam i chyba zapomniałam, co tu zostawiłam. Nawet mój francuski mozno się pogorszyl. Nie odczuwam już potrzeby rozmawiania w tym języku, nie pamiętam kiedy w nim ostatnio myślałam. Nawet kontakt z zostawionymi znajomymi się ograniczył bo mobilizacja do wyrażania myśli po francusku jest słaba. Nie odwiedziłam nawet Paryża w wakacje. Miałam tyle innych rzeczy na głowie i wciąż brak mi słów na opisanie wszystkiego co sie zdarzyło.
12:13, katiasar
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 lipca 2008
Znów jestem
Znów tu jestem. Potrzebny mi był czas na przemyślenia i wolałam tu nie zaglądać. Jednocześnie nie chciałam żeby ktokolwiek inny tu bywał. Wiem, że to nieracjonalne ale ponieważ to ja tu jestem gospodarzem to z premedytacją postanowiłam zachować się nieelegancko.

Nie podjęłam decyzji. Nie wiem czy wyjadę. Nie rozmawiam też na ten temat zbyt dużo, choć dużo o tym myśle. W końcu i tak zrobię co będę chciała. Należy się tylko dowiedzieć czego ja chcę?

Ps. nie obrażajcie się na mnie za tę blokadę :)

18:19, katiasar
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 czerwca 2008
Kolejne pytania

Tak już jest, że to miejsce jest wyspą moich żalów, pytań i rozterek. Powróćmy zatem do tej tradycji. Wyników z uniwersytetu jeszcze nie ma. Staram sie zatem nie zastanawiać zbyt poważnie nad ewentualnością powrotu do Paryża. Fakt, że zdałam egzamin był dla mnie wystarczającą dużą niespodzianką. Po egzaminie byłam przekonana, że nie mam na to szans. Znów życie mnie zaskoczyło.

Pomimo, że informacji z Francji na razie brak, nie sposób odgonić myśli z głowy. Czy ja chce wrócić a jeśli tak to dlaczego? Co mnie może w Polsce zatrzymać, co sie dla mnie liczy? I jaka jest kolejność moich priorytetów. Od lat nie mogę ich sobie poukładać. Czy powinnam opuszczać drogę na której jestem, w końcu wiem gdzie ona mnie może doprowadzić? Kolejny wyjazd spowoduje jedynie, że znów będę gdzieś błądzić po "manowcach". Ale czy takie błądzenie nie jest urocze...

Na każdy argument mam kontrargument. Sama siebie nie mogę przegadać.

W dodatku jestem zmeczona. Jak pomyślę ile energii będzie mi potrzebne na to żeby zorganizować ewentualny wyjazd, to jeszcze bardziej opadam z sił. Z drugiej strony to może być dla mnie ostatnia szansa, tylko jeszcze nie wiem na co. Na kolejną niezapomnianą przygodę życia czy mało rozsądną, nierozważną decyzje?

Jest taki film "Przypadkowa dziewczyna". Nie zawsze droga, która wydaje nam się właściwsza doprowadzi nas do szcześliwego zakończenia.
Czasami jednak lepiej pobłądzić, żeby móc się znaleźć. Tylko jaki jest z tego wniosek dla mnie?

Z ostatniej chwili.

Dostałam się.



23:33, katiasar
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 maja 2008
Odrobina Francji cz.2
Po wizycie gościa Ag. przyszła moja kolej żebym sprawdziła się w roli gospodyni. Biorąc pod uwagę doswiadczenia Ag troche się obawiałam, że mnie też mój gość, nie daj Boże, zacznie po kilku spędzonych wspólnie godzinach irytować. Na szczęście\moje obawy były mocno przesadzone. Bardzo szybko przypomniałam sobie jak bardzo lubie przebywać z L i jak bardzo dobrą jest towarzyszką.

Jej wizyta stanowiła świetną odskocznie od nawału obowiązków w pracy. Już po kilku godzinach z nią spędzonych na moją twarz powrócił uśmiech, z którym nie rozstawałam się we Francji. Nie wiem czy to byla zasługa L., tego że mogłam się znowu "nagadać" po francusku, czy tego, że miałam odskocznie od pracy.

Pojechałyśmy do Krakowa, gdzie miałam przystąpić do egzaminu językowego. Żeby móc być zaakceptowaną na uniwersytecie, muszę mieć potwierdzenie moich umiejetności językowych. Niestety egzamin okazał się trudny i choć nie mam jeszcze jego wyników to musze przyznać, że póltora roku nauki francuskiego okazało się niewystarczające... Oddala się zatem perspektywa powrotu do Paryża. Najdziwniejsze jest jednak to, że nie martwie się tym zbytnio. Będzie co ma być.

Pobyt L. w Polsce był wymagający, biorąc pod uwagę, że musiałam wszytko tłumaczyć, czasami w trzech językach. L. nie mówi po angielsku, moi znajomi nie mówią po francusku a często się zdarzało, że mielismy w towarzystwie anglofonów. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach i po całym dniu bolały mnie język i gardło. Zaczynam jeszcze mocniej doceniać pracę tłumaczy.

L. wypowiadała się o Polsce w superlatywach. Oczywiście zauważała jakieś mankamenty ale nie była jak stereotypowy paryżanim, który "wszystko wie i wszędzie był, a w Paryżu to oni mają takie same, tylko większe i ładniejsze".
Zauważyła ku mojemu zdziwieniu, że ludzie u nas są otwarci i uśmiechnięci (sic!). Poza tym była zainteresowana tym co widzi i musiałam sobie przypominać wszystkie nasze legendy i odświeżyć historie.

Osobisce zawdzięczam L. bardzo duzo. Była jedną z tych osób, które miały podczas mojego pobytu w Paryzu, tyle cierpliwości, żeby mi wszytko tłumaczyć, poprawiać (do tej pory to robi), próbować się ze mną komunikowac pomimo, iż mój francuzski na początku ograniczał się do umiejętności przedstawienia się. Przy okazji nauczyłyśmy się razem milczeć i rozumieć bez słow. Poza tym L. jest jedyną znaną mi osobą, która jest socjalistką z przekonania, przy czym jej poglądy nie tkną naiwnością. Trzeba przyznać, że nie jest to łatwe. No i razem odkrywałyśmy salsę.
23:07, katiasar
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Odrobina Francji
U nas, po drugiej stronie miasta, miałyśmy przez chwilę odrobinę Francji w osobie pewnego francuza. Wizyta była o tyle udana o ile niedługa i szczęśliwie zakończona. Zwłaszcza poświęcenie Ag zasługuje na wzmiankę bo swoją role gospodyni i przewodnika pełniła naprawde honorowo. Prawie nie było widać jej irytacji. Ale prawie robie różnice... Ja też trochę pomogłam i zrobiłam swoje pierwsze w życiu udane naleśniki za które zebrałam zasłużoną porcję pochwał.

Francuz przywiózł francuskie sery i paryskie makaroniki. Mówiłyśmy w języku Moliera (choć mocno kaleczonym przeze mnie). Mnie dopadła najpierw panika przed zbliżającym się egzaminem a potem tęsknota za moim Paryżem. Tylko czy ten mój Paryż jeszcze istnieje. Czy też jak tam pojade to znajde jedynie brudne, tłoczne metro i ludzi o innej od mojej mentalności.

Sonia mi powiedziała, że traktuje naszą stolice jak mąż niekochaną żonę od której jednak odejść nie może. Podobno ciągle tylko narzekam i porównuje ją do swojej wyidealizowanej, kapryśnej kochanki, która zapewne już od dawna bawi się w ramionach innego i o mnie już dawno zapomniała. Żony innej już mieć nie będę bo zapewne nigdzie nie będę bardziej u siebie niż tu gdzie jestem.

A może jest tak jak w piosence "to samo słońce wszędzie świeci, więc gdzie byli dziadkowie, będą moje dzieci"?
23:18, katiasar
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 marca 2008
Na gościnnych występach...
Wyjechałam, byłam i wróciłam. Z nowymi pokładami energii i planami na kolejne pół roku (bo pewnie wcześniej niż w październiku do Francji nie pojadę). Z perspektywą spedzenia w Paryżu kolejnego etapu w moim życiu. Nie będzie to oczywiście proste, ale przecież ja uwielbiam wysoko stawiać sobie poprzeczki.

Pamiętam jak pierwszy raz byłam w Panteonie, na przeciwko stoi budynek uniwersytetu, wydział prawa i administracji. Pomyślałam sobie wtedy, jak odległa i niedostępna jest dla mnie mozliwość studiowania tam. A niedalej niż tydzień temu, złożyłam tam swoje dokumety. Podjęłam wyzwanie i nawet jeśli nie uda mi się tam dostać, to jestem z siebie dumna.

Będąc w Paryżu zastanawiałam się, jakie są prawdziwe powody mojej chęci powrotu. Nie uzyskałam jednej prawdziwej odpowiedzi, postawiłam tylko pewne hipotezy.

Mam tam fantastycznych przyjaciół i znajomych, kórzy przyjeli mnie teraz z wielką sympatią. Dzięki nim poczułam, że tamten czas nie był czasem straconym. Jednakże, jak bardzo nieładnie to zabrzmi, to nie oni są przyczyną mojej chęci powrotu. W Polsce też mam przyjaciół i to takich, których naprawdę trudno jest mi zostawiać chocby na tydzień.

A może chodzi o facetów? Nie ukrywam, że tam miałam dużo większe powodzenie, czas, ochotę i możliwości na prowadzenie życia osobistego. Bo gdzież ja mogę spotkać fajnego faceta w Warszawie, w windzie biurowca, w którym pracuję? Czasami wchodząc do autobusu, ktorym wracam do domu z pracy, mówię sobie, że znajdę jednego faceta, który mi się podoba i się do niego usmiechnę, nic więcej, nic wielkiego. I zazwyczaj nie znajduje takiego. W Paryzu uśmiecham sie do ludzi bez powodu i przychodzi mi to z łatwością.

Jest też oczywiście salsa, ale pomimo tego, że lubię tańczyć to nie oszukujmy sie, nie jest to wystarczający powód, żeby wyjeżdzać i znów przewracać życie do góry nogami.

Podczas mojego urlopu zauważyłam mnóstwo wad tego miasta. Jest brudne, drogie, głośne i ostatnio jest tam strasznie dużo bezdomnych. Poza tym strasznie wiało i padało. Zdarzało mi się nawet zatęsknić za Warszawą i moją pracą.

Z tych powodów decyzja o ponownym wyjeździe nie jest jeszcze podjęta. Mam na to pół roku i zobaczymy co z nią zrobię. Życie to przecież jedna wielka niewiadoma.
18:55, katiasar
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8